Jak rodzą się piraci?

Jak powszechnie wiadomo, życie studenta nie należy na najłatwiejszych. Ciągły brak czasu, który niemal w całości biedny żak zmuszony jest poświęcić nauce powoduje, że na rozrywkę pozostaje go niewiele. Brać studencka słynie także z chronicznego braku funduszy – bo jak tu się utrzymać bez stałego źródła dochodu, licząc na (często niewielkie) wsparcie ze strony rodziny? A co począć ma w takiej sytuacji student kinoman? Co robić gdy serce każe mu uciec na łono dziesiątej muzy, zanurzyć się jakieś filmowej historii, na chwilę zapomnieć o uczelnianych obowiązkach?

Wyobraźmy sobie owego nieszczęśnika, niewysoki, lat prawie dwadzieścia, chudy portfel, smutne oczy – na pierwszy rzut oka humanista. Biedak znalazł w końcu wolny wieczór po tygodniach spędzonych nad książkami i zamierza go wykorzystać, chce się rozerwać. Rozerwać intelektualnie. Przeszukuje repertuary miejskich kin. I jest! Znalazł to czego szukał, ambitny film dla takich jak on – ambitnych. Na byle komercję by sobie nie pozwolił, nie on.

Wychodzi z mieszkania (często dzielonego z małym stadkiem mu podobnych okazów) i dziarsko maszeruje w stronę świątyni kinematografii. Nie jedzie tramwajem – bilety kosztują, wszak półgodzinny spacer jeszcze nikomu nie zaszkodził. Lekko zdyszany dociera na miejsce, podchodzi do sympatycznie uśmiechniętej brunetki ukrytej bezpiecznie za szybą ze znajomo brzmiącym napisem „Kasa” i w tym samym momencie okazuje się, że to właśnie z kasą jest problem.

Portfel studenta świeci pustkami, zapomniał o tym – przez chwilę żył marzeniem. Chcąc nie chcąc, zmuszony jest powtórzyć półgodzinną drogę przez miasto, ale nie jest to już przyjemny spacerek, oj nie jest.

Zastanówmy się czy ceny biletów w polskich kinach nie są, delikatnie mówiąc, zbyt wysokie. Za wizytę w kinie w Polsce trzeba zapłacić niemal tyle sam co w wysokorozwiniętych krajach zachodnich, mimo iż dochody Polaków są znacznie szczuplejsze. Jak udowodnił niedawno Paweł Moskalewicz w opublikowanym w „Filmie” raporcie na ten temat, odpowiedzialność za obecny stan ponoszą kiniarze, znaczy się sieci multipleksów. To one windują ceny tłumacząc się rosnącymi kosztami utrzymania.

Wróćmy jednak do naszego nieszczęsnego kinomana. Przybity, smutny i niespokojny wraca do domu. Ale co tu robić, czym się zająć? Wszak obiecał sobie, że ten wieczór będzie wolny od jakichkolwiek naukowych przedsięwzięć. Po niezbyt długim namyśle postanawia pobrać ów film z Internetu, czy jak powiedzieliby niektórzy – ukraść go.

Z całą pewnością jest to kradzież, ale czy na pewno moralnie nieuzasadniona? Przecież nie robi tego z niskich pobudek – chce obcować z dziełem sztuki, za które legalnie każe mu się słono płacić. Nasuwa się pytanie czy jest moralnym odcinanie ludziom dostępu do sztuki, gdy jego cena jest dla nich zbyt wysoka. To fakt, że ta forma piractwa jest obecnie w Polsce bardzo rozpowszechniona, ale kto ponosi za to odpowiedzialność? Czy nie ludzie którzy ustalają ceny, czy nie cenowa zmowa panująca obecnie na rynku?

Z całą pewnością nie tylko ona, ale jest to istotny czynnik przyczyniający się do utrwalenia istniejącego porządku. Mimo to nasz student jest w świetle prawa złodziejem, i może w każdej chwili spodziewać się kary zadanej przez żelazną rękę prawa. Niewątpliwie rozwiązaniem tej sytuacji mogłyby być propozycje proponowane przez powstały w 2006 roku w Szwecji ruch, który zaowocował powstaniem słynnej Partii Piratów.

Jej program koncentruje się wokół problemów związanych z własnością intelektualną. Piraci chcą wolnego dostępu do dóbr kultury, proponują znaczne skrócenie okresu obowiązywania praw autorskich. Polityczni korsarze założyli partię również w naszym kraju jednak jak dotąd nie odnieśli spektakularnych sukcesów.

Lecz nasz student nie nadaje się na światopoglądowego pirata, nie jest zdecydowanie przedstawicielem twardego korsarskiego rzemiosła. To delikatny humanista poszukujący jedynie intelektualnych rozkoszy do których broni mu się dostępu. Z pewnością boli go fakt, iż pobierając film z sieci okrada artystów. Niestety kinematografia jest przemysłem i jak każda gałąź gospodarki potrzebuje przedsiębiorców, nie tylko artystów. Sztuka nie potrafi zarobić na siebie sama – potrzebuje promocji i reklamy. W przeciwieństwie do innych jej dziedzin film jest w tej nieszczęśliwej sytuacji, że aby istnieć potrzebuje dużych nakładów finansowych, powoduje to, że jest podatny na mechanizmy którymi rządzi się rynek. Owe urynkowienie kinematografii prowadzi do windowania cen biletów przez kiniarzy.

Najsmutniejsze całej tej historii jest to, że w ostatecznym rozrachunku na obecnej sytuacji tracą wszystkie strony. Artyści i producenci, gdyż nie otrzymują wpływów z biletu, którego biedny student nie kupił. Żak natomiast obejrzy film w nieporównywalnie gorszych warunkach niż te kinowe, poza tym dręczyć będzie go jego humanistyczne sumienie. Jak widać polityka prowadzona przez właścicieli kin uderza także w nich samych, znacznie obniżając ich dochody. Jednak sytuacja nie jest bez wyjścia, pokazała to niedawna „wojna cenowa” w Estonii, jedna z sieci kin obniżyła ceny tak znacznie, że w ekspresowym tempie opłaty w estońskich kinach spadły o czterdzieści pięć procent. Jak do tej pory na polskim rynku nie znalazł się tak odważny gracz. Pozostaje nam czekać. Wiec czekajmy, choć piracka łajba kusi swoją atrakcyjnością…

Related Posts

  1. Coś w tym jest. W naszym chorym kraju ceny płyt czy bilety do kina są kosmiczne. Porównując nawet z Niemcami to wypadamy kiepsko – porównując oczywiście zarobki – cena. Gdzieś widziałem ostatnio nawet zestawienie co może kupić Niemiec za wypłatę a co Polak i jedynie ziemniaki i internet mamy tańszy :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Recent Posts